Battlefield – moja historia nałogu. Odc.2
Zapraszam dziś na kolejną część historii o moim uzależnieniu od Battlefiela. Wpis pochodzi z blogu DP, ale kolejny będzie już napisany niejako na świeżo. Zapraszam więc do lektury.
Podczas gdy ja wraz z przyjaciółmi grywałem kolejne rundy w BF 2142, szwedzkie studio DICE szykowało już naprawdę dużą niespodziankę dla graczy. Mimo porażki BF2 Modern Combat to trudno było nie zauważyć potencjału gier na konsole i postanowiono wydać nową grę tylko na tę platformę, opartą na całkowicie nowym silniku gry, czyli Frostbite. Moim zdaniem, w najśmielszych snach nie przypuszczali, że stworzą grę, która, nie będąc stricte Battlefieldem, tak podbije serca użytkowników na całym świecie. Już pod koniec roku 2007 na Youtubie oraz na portalach piszących o grach, zaczęły pojawiać się krótkie teasery nowej produkcji DICE, które wywołały entuzjazm i rozdmuchały nadzieje graczy. Tym tytułem było osławione Battlefield Bad Company oparte na całkowicie nowym, autorskim i dość rewolucyjnym silniku Frostbite 1.0.
I wiecie co… Ta gra naprawdę wgniatała w fotel, z resztą chyba nadal wgniata. 🙂

Frostbite 1.0 zawierał między innymi dwa rozwiązania, które pokochali gracze na całym świecie. Pierwsze to HDR Audio, który pozwalał na zróżnicowanie głośności różnych efektów tak, by każdy był słyszalny i by nie zlewał się w jednolity odgłos. Jednak to inne rozwiązanie, jakim niewątpliwie było Destruction 1.0, okazało się tym, na co wszyscy gracze czekali. Po raz pierwszy mogliśmy niemal całkowicie zdemolować całe otoczenie. Jadąc czołgiem przez las, powalaliśmy drzewa, wyznaczaliśmy nową przecinkę, która cudownie nam nie odrastała za plecami. W każdej chwili mogliśmy tam wrócić i zniszczenia były cały czas widoczne, co w ówczesnych grach nie było spotykane. Przeciwnik chowa się za murem? Nic prostszego, po prostu rozwalamy mur, by go pozbawić osłony. Wrogie siły chowają się w budynku?? Rozwalmy ściany w drobny pył i dobierzmy się do przeciwników, gdy desperacko będą szukali jakiejkolwiek osłony. Co mnie osobiście zaskoczyło, to w trybie fabularnym, czyli single player mamy misję rozwalenia ostrzałem artyleryjskim kolumny pancernej na skrzyżowaniu w pewnym miasteczku. Oczywiście nie byłbym sobą, gdybym przy okazji nie rozwalił przy okazji kilku budynków. Jakież było moje zdziwienie gdy w kolejnej misji, przejeżdżając przez to skrzyżowanie, mogłem z bliska obejrzeć zniszczenia, które sam dokonałem, które były zgodne z tym jak prowadziłem ogień. Co więcej, przechodziłem tę misję kilka razy i za każdym razem zmieniałem pole ostrzału, a w następnej misji podczas przejazdu zniszczenia zawsze odpowiadały tym, co robiłem w poprzedniej misji. Dodajmy to tego niesamowitą jak na tamte czasy oprawę graficzną, świetną muzykę, zabawne dialogi oraz pełnokrwiste postacie i mieliśmy murowany hit.
I tak też się stało.


Niestety była też i łyżka dziegciu w tym garncu miodu… Gra ukazała się tylko i wyłącznie na konsole Xbox 360 i PS3. Szwedzkie studio całkowicie pominęło platformę PC, co bardzo, ale to naprawdę bardzo, nie spodobało się społeczności Battlefielda. DICE stwierdziło, że gracze nie zaakceptują ograniczeń z konsol w ewentualnej wersji PC co potem okazało się całkowitą nieprawdą. Mimo wszystko to nie przeszkodziło jakoś graczom, którzy tłumnie ruszyli do sklepów, by z wypiekami na twarzy sprawdzić, czy ta destrukcja Frostbite jest naprawdę taka świetna.
I wiecie co? Była a właściwie nadal jest. 🙂
Dodam tylko, że według agregatora GameRankings Battlefield Bad Company dostał około 85% maksymalnych ocen, a serwis IGN ocenił grę na 8.6 /10, narzekając tylko na menu gry i dość mało spektakularną historię w trybie single.
Battlefield: Bad Company is the perfect answer for the hot summer months that most will spend in doors in search of entertainment. It?s loud, it?s pretty and it lets you blow big-ass holes in buildings. There are plenty of flaws that FPS gurus will be able to nitpick about, but Bad Company delivers a fun-filled single-player campaign with a multiplayer component that can stand shoulder-to-shoulder with the best in our industry.
IGN.COM
W DICE nie zasypiano gruszek w popiele i zachęceni sukcesem, jaki odniosło Bad Company, szybko wzięli się do pracy nad dwoma kolejnymi tytułami, czyli Battlefield 1943 oraz Bad Company 2. Oba te tytuły miały zostać wydane na poprawionym silniku Frostbite 1.5, który tym razem pozwalał na całkowite wyburzanie piętrowych budynków i co za tym idzie, na jeszcze większą rozwałkę. No i, co dla nas było najważniejsze, obie gry miały się ukazać również na platformę PC!! Jako pierwszy miał pojawić się BF 1943 z kultową mapą z uniwersum Battlefielda, czyli Wake Island. Notabene, wraz z kolejnymi odsłonami gry ta konkretna mapa robiła się coraz mniejsza, by w BF3 stać się ledwie namiastką tego, z czym się spotkałem podczas gry w BF 1942 …

Jak już wspomniałem wcześniej, EA planowała wydać Battlefield 1943 przed Bad Company 2 i w sumie tak też zrobiła, ale w międzyczasie ogłosiła, że prace nad wersją na komputery zostały przerwane. Ja, podobnie jak wielu graczy, zdążyłem nawet zrobić Pre-order na wersję PC, ale musiałem obejść się smakiem. Pisaliśmy nawet do EA w sprawie wydania BF 1943 na PC, ale nie doczekaliśmy się nawet najbardziej zdawkowej odpowiedzi… Pozostało nam przełknąć tę nader gorzką pigułkę i cierpliwie czekać na wydanie Bad Company 2, które nadchodziło wielkimi krokami.
Przy tym tytule EA postanowiła pozytywnie zaskoczyć miłośników Battlefielda i zdubbingować grę, co nie było wtedy obowiązującą regułą. Co więcej, do dubbingu zaproszono naprawdę znanych i cenionych aktorów, takich jak Cezary Pazura, Mirosław Baka czy niesamowity Mirosław Zbrojewicz. Skorzystanie z aktorów tej klasy wprowadziło do gry naprawdę świetny klimat oraz doskonały humor, co niestety jest dość rzadkim przypadkiem nawet dziś. Pokuszę się o opinię, że, właśnie Bad Company 2 ma jeden z najlepszych dubbingów w tego typu grach. Mimo że sama kampania okazała się zdecydowanie za krótka i w dodatku z fabułą cienką jak tyłek węża, to jednak i tak dzięki temu dubbingowi do dziś chętnie ją wielokrotnie przechodzę. A rozmówki pomiędzy bohaterami są rzeczywiście pierwszej klasy, wystarczy chwilę bezczynnie stać, a rozwija się interesująca dyskusja.
Polecam.
Gdy wreszcie nadszedł dzień, w którym udostępniono szerokiej rzeszy pecetowych graczy Betę BF: Bad Company 2, to szybko wielu z nas przekonało się, że konieczna staje się pilna modyfikacja naszych komputerów. Finalna wersja gry ma jeszcze większe wymagania niż Beta i fakt, że ktoś grał swobodnie w betę, nie oznacza, że tak samo będzie z wersją pudełkową. Przypomnę tylko, że ówcześnie powszechnie panowała opinia, że dla zwykłego gracza, dwu rdzeniowy procesor E8400 lub E8600 jest doskonałym wyborem, a zakup czterordzeniowego procesora, jeśli nie bawimy się w składanie filmów, to zwykłe marnotrawstwo pieniędzy. Sęk w tym, że akurat najnowsze dziecko DICE, wykorzystywało trzy rdzenie procesora i dodatkowo potrzebowało dużo więcej ramu niż ówczesne produkcje. W zamian Frostbite 1.5 oferował rozwałkę na niespotykany nawet po dziś dzień sposób. Użycie w grze silnika Frostbite było strzałem w dziesiątkę, ale jednocześnie było to okupione drastycznym wzrostem wymagań.
Ja ówcześnie miałem miałem procesor Intela E7400, który oczywiście nie dawał rady. Notabene dopiero zakup czterordzeniowego procka i nowej karty graficznej Nvidia GeForce GTX 460 pozwolił na płynną rozgrywkę.

Po raz pierwszy w grze można było ostrzałem moździerzowym wykarczować kawał lasu, niemal wyrównać do poziomu asfaltu całe miasteczka, czy zamienić fragment płaskiego terenu w zryte kraterami pobojowisko. Drużyna przeciwnika podchodzi lasem? Zbombardujmy las, a na otwartym terenie łatwiej się ich wybije do nogi. Wróg okupuje piętro i strych budynku? Nic prostszego, RPG i granatniki 40 mm w dłoń i ostrzelajmy budynek, aż się zawali i pod gruzami pogrzebie wszystkich z drużyny przeciwnej. Snajper skrywa się na wzgórzu i wkurza, próbując nas ubić? Spuśćmy mu ostrzał moździerzowy na głowę, a szybko się dowie, że Battlefield to nie gra dla kamperów 🙂 Przeciwnik skrył się za murkiem? Wierny granatnik 40 mm wyśle w niebyt murek wraz z graczem, któremu się wydawało, że jest bezpieczny. Dla wielu z nas było to całkowite novum i trzeba było zrewidować swoją taktykę. 🙂
Bad Company 2 dawał niesamowitą frajdę połączoną z wręcz nieograniczoną rozwałką. Zresztą nadal daje. 😀

Mapa Valparaiso przed destrukcją …

…i po. 😀
Oczywiście wbrew pozorom nie jest to gra idealna i tak nie do końca, nie tylko moim zdaniem, zasługiwała na miano pełnoprawnego członka uniwersum Battlefield. Po pierwsze, nie ma trybu komendanta, co dla wielu graczy może być nie do przełknięcia. Brakuje common rose, czyli ekranu do wydawania rozkazów, nie można się położyć, bowiem możemy tylko stać lub klęknąć, co oburzało szczególnie zaprzysięgłych snajperów. Drużyny zostały ograniczone do czterech osób i nie było wśród nich dowódcy. Zdrowie się samo odradza i po trafieniu, wystarczy się ukryć i pozwolić, by poziom życia nam wzrósł. Mapy, w porównaniu z BF2 czy nawet BF2142, okazywały się koszmarnie małe, a liczba dostępnych pojazdów była dość mocno ograniczona. W odróżnieniu od poprzednich Battlefieldów tutaj pojazdy mają nieograniczoną amunicję, ale na szczęście same się nie naprawiały. Stopień uszkodzenia pojazdu można samemu ocenić po wyglądzie zewnętrznym naszej maszyny. Im bardziej sprzęt był uszkodzony, tym więcej brakowało mu poszycia i pancerza lub wręcz dymił. Do wyboru mamy tylko cztery klasy: Szturmowiec, Medyk z ciężkim km pełniącym rolę wsparcia, Mechanik oraz Zwiadowca, czyli snajper. Klasy były dość dobrze zbalansowane i każdy doskonale sprawdzał się na polu walki. Zwiadowca, czyli snajper, może wezwać ostrzał moździerzowy na wskazany punkt. Bardzo przydatna funkcja, jeśli chcemy wyczyścić jakąś lokalizacje np. z wrogich snajperów lub wykarczować kawał lasu. Mechanik naprawia uszkodzony sprzęt i podkłada miny, by zablokować drogę dla sprzętu przeciwnika i na wielu mapach był wręcz niezbędny. Szturmowiec z powieszonym granatnikiem doskonale nadaje się do robienia nowych przejść w murze i rozrzuca paczki z amunicją. 🙂


Niestety, nie wszystko było perfekcyjne …
Swoją drogą, kod sieciowy też nie został najlepiej napisany i częste crashe serwerów były na porządku dziennym. Ponadto DICE z każdym kolejnym patchem delikatnie, ale zauważalnie podnosiło wymagania gry, co nie bardzo podobało się niektórym graczom. W szczególności tym, których komputery ledwie spełniały minimalne wymagania gry. Zasobożerność gry wymuszała update konfiguracji sprzętowej nie tylko u graczy. Firmy hostujące serwery gry też musiały mocno zainwestować w sprzęt. Przy takiej rozwałce, jaką zapewniał Frostbite 1.5, niektóre serwery nie wytrzymywały i padały jak muchy. Swoją cegiełkę do tego chaosu dokładało EA, bowiem serwery odpowiedzialne za ranking naszej postaci też lubiły często gęsto się wysypać… Oczywiście starano się poprawić owe mankamenty, ale jak powiadają złośliwi, piekło jest wybrukowane dobrymi chęciami. Słynne stały się tzw. wtorki EA kiedy łatano infrastrukturę serwerów, a gracze nawet z najmocniejszymi maszynami doświadczali lagów wszelakich. Trzeba było to tylko przeczekać, by w środę móc grać normalnie i bez jakiejkolwiek zacinki. Rzecz jasna, o ile komputer nam na to pozwalał. 🙂 Swoją cegiełkę dokładało samo EA swoimi patchami-psujami. Owe patche ponoć naprawiały jakiś jeden problem, natomiast wkrótce okazywało się, że generują kilka innych błędów. I taka sytuacja trwała dość długo…

Nie zapomnijmy o jeszcze jednym, dość poważnym braku. Wykupując serwer w dniu premiery, nie mieliśmy absolutnie żadnego narzędzia, by nim zarządzać. Przy BF 2 i BF 2142 mieliśmy doskonałe narzędzie stworzone przez społeczność Battlefielda, jakim było BF2CC. Przy Bad Company 2 musieliśmy czekać dość długo na podobne narzędzie, bowiem tu EA już nie udostępniała plików serwerowych, jak to bywało wcześniej. Takie pliki mogły otrzymać, tylko i wyłącznie firmy, które hostowały oficjalne serwery Bad Company 2. Co więcej, wcześniej, gdy wykupywaliśmy serwer gry np. Battlefield 2, wraz z narzędziem BF2CC otrzymywaliśmy dostęp do bazy danych, która znajdowała się razem z plikami gry na serwerze. Dzięki temu lista naszych predefiniowanych ustawień, czy np. lista banów, działała nieprzerwanie. Niestety, przy BC2 nie było możliwości, by taką bazę umieścić z plikami serwerowymi. EA i DICE całkowicie zablokowało tę funkcję i trzeba było rozwiązać to w inny sposób. Społeczność szybko znalazła wyjście i pojawiły się narzędzia, dzięki którym zyskiwaliśmy jakąś kontrolę nad naszym serwerem.

Walka z cheaterami, kolokwialnie mówiąc, też leżała i kwiczała, z resztą nadal jest hmm… z braku innego słowa nazwę ją iluzoryczną. W poprzednich edycjach Battlefielda mieliśmy dostęp do tzw. Punkbuster screenów. Tytułem wyjaśnienia, podczas gry, zabezpieczenie Punkbuster robiło screena z ekranu, jaki widział gracz. Niestety trzeba było przeglądać te screeny, by wyłapać cheatera i zgłosić go do GGC i PBBans. W przypadku Bad Company 2 było to mocno utrudnione, bowiem nie mieliśmy dostępu do plików na serwerze, a nawet jeśli firma hostingowa dawała radę to jakoś ogarnąć, większość tych screenów była po prostu czarna. Tutaj jedyną linią obrony jest podpięcie serwera pod streaming PBBans i GGC, by cheaterzy już raz złapani, nie mogli wejść na serwer i grono ogarniętych adminów, którzy mogli banować ich poprzez konsole. Niestety nie jest to stuprocentowo skuteczna metoda i czasem mogło się okazać, że banujemy niewinnego człowieka, I wbrew pozorom nie są to odosobnione przypadki. Jednak to wcale nie jest taka zła gra, jakby mogło wynikać z mego wpisu. Co więcej, skuszę się o wyrażenie opinii, że jest to jedna z najlepszych sieciowych strzelanek z uniwersum Battlefielda.
Notabene, to jest ostatnia gra z rodziny Battlefield, w której gracz otrzymywał takie możliwości demolki. Battlefield Bad Company 2 to gra, w której mogliśmy zniszczyć, zawalić lub pozbawić ścian każdy budynek. Nawiasem mówiąc, w każdej kolejnej odsłonie Battlefielda, nawet w wydanym w roku 2025 Battlefieldzie 6, zakres destrukcji jest dużo mniejszy niż w grze z 2010 roku… I pamiętajmy, że w tych grach jest dużo nowsza wersja silnika Frostbite! Zastanawiające, nieprawdaż? Zresztą już i w tej grze DICE ograniczyło demolkę, a mówimy tu o niesamowicie klimatycznym rozszerzeniu, jakim był Battlefield Bad Company 2 Vietnam. Tutaj burzyliśmy najwyżej chatki z bambusa i baraki Vietkongu. Świątyń czy murków już się nie dało zdemolować… Na pocieszenie, postanowiono wrócić do doskonałego pomysłu z Battlefield Vietnam, by w każdym pojeździe odtwarzać muzykę z tamtego czasu. Wsiadając, jako pilot do UH-1, zmieniałem utwory, by latać przy jednym kawałku, który pasuje do krwawej rozwałki i nie chodzi mi przereklamowany Cwał Walkirii Wagnera, a o utwór „It’s Soul Time” Andersa Lewena. Sam dodatek do gry jest naprawdę świetny i klimatyczny. Po wygranej lub przegranej rundzie słyszymy oficjalnie brzmiący propagandowy komunikat o naszej przegranej, lub wygranej ze stosowną muzyką.
Nie mniej, mimo wszystkich tych wad i braków, nadal twierdzę, że Battlefield Bad Company 2 mimo upływu czasu jest jedną z najlepszych gier sieciowych. Po dziś dzień stoją serwery społeczności, które szybko się zapełniają spragnionymi rozwałki graczami. Co więcej, społeczność jest przygotowana, gdyby EA, podobnie jak to było w przypadku starszych Battlefieldów, wyłączyła serwer Plasma dla BC2. Nazywa się to Nexus i jest po prostu alternatywnym master serwerem naliczającym ranking dla tej gry. Oczywiście nadal grywamy z paczką znajomych w Bad Company 2 i demolujemy otoczenie, a paru graczy z mojej ekipy jest postrachem serwerów. Szczególnie jeśli chodzi o tzw. blachowanie, czyli walkę z nożem 🙂 I wiecie, jaki jest fenomen tej gry? Nie superbroń, ale totalna rozwałka i mnóstwo frajdy. I od kilku lat DICE nie tyka gry, więc cały czas działa perfekcyjnie. Spróbujcie sami, gra obecnie kosztuje kilkanaście złotych, ale mimo nieco siermiężnej grafiki, to naprawdę wciąga. Nie tak jak dzisiejsze produkcje.
P.S.
Ponoć EA nie wydało Battlefield Bad Company 3, bo wciąż zastanawiają się nad fenomenem popularności „dwójki”. 🙂
Bardzo dziwne, no nie?


