Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Dziś chciałbym przypomnieć Wam mój wpis z blogu DP, z roku 2017. Jak to w PRL-u grywało w gry. 😉 Niejako rozwinięciem tematu jest nasz filmik z Youtube o początkach gier, jaki nagraliśmy wraz z Dawidem Nowakiem na naszym kanale Format C: do którego subskrypcji gorąco namawiam.

Zapraszam więc do lektury.

Chciałbym wrócić do czasów mojej zmarnowanej młodości, które przypadały na lata 80. i 90. ubiegłego wieku. Wróciły wspomnienia, zarówno te dobre, jak i te trochę mniej, ale tak to już bywa w takich przypadkach. Jak już wspominałem wcześniej, dorastałem w Poznaniu w dość ciekawej dzielnicy, o nieco szemranej opinii, czyli na Łazarzu. Popularne ówczesne powiedzenie „… że na Łazarzu jest jak w kinie, gasisz światło i wszystko ginie…” Mimo szemranej opinii, ta dzielnica pełna przeszło stuletnich kamienic zapewniała nam świetne miejsce zabaw, o jakich młodszemu pokoleniu nawet się nie śniło. Niemniej, po jakimś czasie nawet zabawy w tzw. gonito czy strzelano, zaczynały się robić dla nas nieco zbyt dziecinne. Na początku lat osiemdziesiątych mieliśmy dostępny w zasadzie tylko jeden kanał telewizyjny, który był nadawany codziennie. Dziś to nie do pomyślenia, ale wtedy emisję popularnej „Dwójki” włączano zazwyczaj tylko w weekendy. I co prawda już od drugiej połowy lat osiemdziesiątych kanał drugi zaczęto włączać już na stałe, to i tak oferta programowa była raczej nad wyraz uboga. Pozostawały książki i gry planszowe, a w moim przypadku również sklejanie modeli. Niestety, po sklejeniu zestawu obowiązkowego ze Spółdzielni Pruszków, czyli Jak-1, Ił-2, PZL-37B Łoś, LWS Czapla czy TS-11 Iskra pozostawało niebezpiecznie dużo wolnego czasu. Niestety, moi rodzice nie byli, oględnie mówiąc, zbyt majętni, więc o takich rzeczach jak komputer nawet nie mogłem pomarzyć. I fakt, iż nawet nie marzyłem o własnym komputerze, nie oznacza wcale, że nie wciągnął mnie świat gier i to w dodatku elektronicznych. 🙂

da86107d-5aaf-4341-9a81-7ad45cf17d55 Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Mój pierwszy kontakt z taką grą był całkowicie przypadkowy. W okolicach roku 1981/80 poszedłem po zeszyty do kolegi, a tam jego tata pokazał nam małą konsolkę, którą próbował podłączyć do TV marki Neptun. Po dłuższym oczekiwaniu i strojeniu ukazał się nam bardzo prosty interface gry Pong. To było coś odkrywczego i niesamowitego, bowiem dla mnie było wręcz nieprawdopodobne, że miałem kontrolę nad czymś, co widziałem w TV. Dziś to może was śmieszyć, ale mną to wtedy autentycznie wstrząsnęło. Sama konsolka za długo u wspomnianego kolegi Piotra nie zagrzała miejsca, bowiem jego przedsiębiorczy tata, chętnie odsprzedał ją dalej, ponoć za bardzo przyzwoitą cenę. Jednocześnie tym czynem mocno zredukował ilość małoletnich kolegów syna, pragnących zaznać magii Ponga. Nie muszę chyba dodawać, że popularność mojego kolegi po utracie tej konsolki raczej dość drastycznie spadła. 🙂

016d4ee4-f3d9-421f-bc5f-df9a11b9f84a Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Kilka lat później, jak duża część mojego pokolenia, wszelkie zarobione pieniądze, których wcześniej nie wydałem na kino czy książki, roztrwaniałem właśnie w powoli powstających … Salonach Gier. 🙂 Na moje szczęście lub raczej nieszczęście, w mojej okolicy było ich kilka. Lepiej lub gorzej wyposażonych, ale wszystkie z mnóstwem wspaniałych gier. Na początku takie przybytki były głównie zapchane tzw. flipperami, czyli mechanicznymi automatami, które szczególnie upodobali sobie dużo starsi gracze. Nie wiem, dlaczego, ale przez kilka lat ja i moi koledzy błędnie nazywaliśmy je… „bilardami”. Szczególnie oblegane były maszyny z mechanicznymi licznikami, które były dużo mniej awaryjne od młodszych egzemplarzy z elektronicznymi licznikami. Te teoretycznie nowsze maszyny, niestety, psuły się na potęgę a wtedy, jak łatwo się domyślić, niewielu potrafiło je naprawić. Dla mojego pokolenia i tak jednak najważniejsze były gry elektroniczne. Nie ukrywajmy, że do PRL takie maszyny sprowadzano po cichu i prywatnym sumptem. Najczęściej były to dość mocno zużyte egzemplarze, na które na Zachodzie nie było już chętnych, a ich czas popularności dość szybko przeminął. Ale przynajmniej tu, w najweselszym baraku socjalistycznej „wspólnoty”, takie egzemplarze dostawały „drugie życie” a czasem nawet „trzecie”. Jedynie, czego trzeba było przestrzegać, to by gra nie okazała się nawalanką, gdzie strzelamy do sprzętu czy ludzi oznakowanych czerwoną gwiazdą. Cóż, wtedy mogły się takim „importerem” zainteresować bardzo niesympatyczne służby i zamiast spodziewanego zarobku, można było stracić cały sprowadzany sprzęt, nawet dorobek życia i kilka miesięcy spędzić w areszcie. Oczywiście, zakładając, że taki osobnik miał szczęście…

Zakładając jednak, że sprowadziliśmy kilka takich maszyn, gdzie do fabuły rozgrywki nie przyczepi się żaden cenzor, wystarczyło znaleźć miejsce do ich wystawienia, przerobić wrzutniki monet, by przyjmowały polski bilon i mogliśmy bić na tym kasę. I tu taka mała dygresja mi się nasuwa. W ówczesnych grach mordowało się wirtualnych przeciwników na potęgę, a na ekranie krew lała się wręcz strumieniami i nikt na to jakoś nie zwracał specjalnej uwagi, kto gra na takich automatach. 😀 Moim pierwszym salonem gier był obiekt mieszczący się w Parku Kasprzaka (obecnie Park Wilsona) mieszczący się w starych zabudowaniach browarów, z łatwą do zapamiętania nazwą, czyli Browar… Niedługo potem przeniosłem się na salony zlokalizowane przy halach targowych MTP, bowiem tam znalazłem dużo większy wybór automatów i to tam właśnie straciłem najwięcej swojego czasu, łupiąc w gry wszelakie. Na samym początku grywałem na automacie z grą Asteroids, który stał w kącie. Ze względu na to, iż monitor był czarno biały, a sama grafika nawet już wtedy trąciła myszką, zazwyczaj ten automat był raczej mało oblegany. Na szczęście grafika miała dla mnie raczej znaczenie drugorzędne, gdyż wtedy (a właściwie nadal) ceniłem sobie bardziej grywalność niż ładne tekstury. 🙂 Niemniej Asteroids podbił moje serce i przyznaję, że spędziłem przy tej grze naprawdę wiele godzin i przepuściłem na nią prawdziwy worek złociszy… Przy okazji należy wspomnieć o hitach każdego takiego szanującego się salonu gier, czyli o BattleCity, które większość z was może znać z lat późniejszych, kiedy jako Tank 1990 znajdowała się w każdej konsolce Pegasus. Ta gra była dla mnie szczególnie pociągająca, bo mogłem pograć z kolegą, a nie przeciwko niemu, co wtedy było przynajmniej dla mnie, czymś całkowicie nowym.

20171104092118_0 Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Kolejnymi murowanymi hitami były takie tytuły jak nieśmiertelne Space Invaders, Pac-Man, River Raid, Galaxina, Galaga, Arkanoid czy Centipede. Szczególnie ta ostatnia gra zapadła mi w pamięć, bowiem była trudna i okupowali ją naprawdę dobrzy gracze. Co ciekawe, automat z tą grą, jako jeden z nielicznych, był wyposażony w TrackBalla, a nie w klasyczny manipulator w stylu joysticka. Sam kilka razy podchodziłem do tej gry, ale dość szybko dostawałem łupnia. Dlatego z tym większym podziwem patrzyłem na starszych kolegów, którzy na tej grze osiągali kolejne kosmiczne wyniki. Bogowie, ileż to weekendów spędziłem w przeróżnych salonach gier, tylko na oglądaniu starszych kolegów, którzy dochodzili do mistrzostwa na niektórych grach. Sam, nigdy nie byłem mistrzem w takich grach, ale po wrzuceniu monety, choć na chwilę zapominałem o szarej i ponurej rzeczywistości PRL-u za oknem. Dziś nie jestem dumny z tamtych czasów, gdy traciłem skromne środki i czas, by choć na chwile oderwać się od swoich problemów.

a8544988-e25a-41e6-ac63-d759bf5766db Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Prawdziwy wysyp takich salonów nastąpił w końcu lat 80-tych, gdy PRL zaczął się nieco aktywniej zabierać za konanie i przemiany ustrojowe pozwoliły niektórym na hurtowe wręcz ściąganie takich automatów.  Swoiste apogeum takie przybytki miały na początku lat 90 tych, gdy dokonywały się przemiany ustrojowe, ale tak naprawdę to był już tylko łabędzi śpiew takich salonów gier. Niestety, takie miejsca skazane były na powolną zagładę, bowiem było ich zdecydowanie za dużo na naszym rynku, a poza tym w Polsce coraz szerszą strugą zaczęły napływać do naszego kraju, pierwsze komputery oraz wszelakie konsole do gier jak np. sławny Pegasus, który był po prostu wręcz piracką, nielicencjonowaną wersją Famicon/NES od Nintendo. Ta wyśmiewana przez wielu konsola zrobiła coś niesamowitego, bowiem wprowadziła rozgrywkę do naszych domów. I nagle okazało się, że duża część gier, które nas przyciągały do salonów, jest dostępna w domowym zaciszu na naszym własnym TV, a wkrótce na naszym PC i wizyta w salonie gier była tylko niepotrzebną rozrzutnością. 🙂 Powoli i nieubłaganie takie przybytki zaczęły znikać z naszego krajobrazu. Pojedyncze salony utrzymały się dłużej, zazwyczaj przy dużych skupiskach ośrodków wypoczynkowych czy w nadmorskich kurortach.

2893d57a-3eb9-4b55-8d01-630204f36c30 Salony gier, czyli jak się dawniej grywało w gry.

Podobnie jak u nas działo się również na tzw. Zachodzie. Pamiętam jak w latach 1995-1998 jeździłem do Londynu i przy niejako przy okazji wpadałem do takiego salonu w Trocadero Center, niedaleko Piccadilly Circus, gdzie wybór gier po prostu oszałamiał przybysza z Polski. Niestety, również i tam takie salony ustąpiły miejsca bardziej nowoczesnym rozgrywkom. Dziś w Polsce jeszcze gdzieniegdzie można znaleźć taki oldskulowy salon z automatami, ale to już nie jest to samo. Najczęściej możemy je spotkać w nadmorskich miejscowościach, gdzie nie wzbudzają już takiego entuzjazmu jak kiedyś. I zazwyczaj okupują je gracze w podobnym wieku do mojego. 😀 Dlatego tym milej wspominam tamte czasy, gdy wszystko było takie jakby bardziej prostsze i gdy tak niewiele nam starczyło, by wywołać u nas uśmiech szczęścia. I choć naprawdę nie chciałbym, by wróciły lata PRL, to jednak warto przypomnieć, dlaczego niektórzy z nas tak uwielbiają wirtualne rozgrywki. I dlatego mimo swojego wieku nadal uwielbiam grać w kolejne gry na PC czy konsoli.

Wszak my gracze, nigdy do końca nie doroślejemy, no nie?

PS

Jeżeli podoba ci się to co tu umieszczam, to możesz mi postawić wirtualną kawę. 😀

Miłośnik absurdalnego humoru Mothy Pythona i nieco mocniejszego brzmienia, który z nad pełnej szklanicy, obserwuje wpływ rewolucji w IT na zmiany zachodzące w naszym życiu. Po godzinach uwielbiam odprężyć się, grając z przyjaciółmi w kolejne sieciowie FPS. Lubi grzebać w starych laptopach i przywracać je do życia. Dzięki współpracy z działami PR wielu czołowych firm ze świata IT, testuję i recenzuję sprzęt oraz rozwiązania technologiczne na łamach swojego bloga. Prę przed siebie pamiętając motto "Nie głupi ten co nie umie lecz ten który nie chce się nauczyć"